poniedziałek, 21 kwietnia 2025

Spokojna wioska (V)

     Przez dość długą chwilę w Domu Pod Gruszą panowało milczenie. Przerwał je dopiero Edmund, gdy już uporał się ze swoją porcją herbaty z rumem. Wstał, poszedł do kuchni  i ponownie nastawił wodę.
    - Właściwie, Esther – powiedział, gdy wrócił do saloniku – właściwie, to co tak naprawdę wiadomo o Evansie na pewno? Tyle, co on sam zechciał o sobie powiedzieć, a ile z tego możemy być pewni? Mieszkał tu od czasu, gdy przestał pracować i przeszedł na emeryturę, czyli z górą dziesięć lat. Podobno był woźnym,  podobno…
    - Woźnym był z całą pewnością – weszła przyjacielowi w słowo pani Smythe. -  Był woźnym w Devington, w tej snobistycznej szkole z internatem w Midsomer Parva.
    Widząc, że Edmund patrzy na nią za zdziwieniem, pospieszyła z wyjaśnieniami:
    - Nie, nie wiem tego od Evansa. Pamiętasz Alice Devenham? Moją przyjaciółkę z WAAF? Przedstawiłam ci ją kiedyś.
Edmund skinął głową.
    - Kiedy odwiedziła mnie ostatnim razem, spotkałyśmy Evansa na ulicy. Przez lata dostarczała z mężem do Devington owoce ze swojego sadu i po prostu zapamiętała go. Pracował tam od dość dawna.
    - No tak – mruknął Edmund – To mogłoby też może wyjaśniać inną kwestię…  - powiedział powoli.
Esther spojrzała na niego uważnie. Ciekawe, czy pomyślał o tym samym, co i ona sama.
    - Zastanawiało mnie, jakim cudem emerytowanego woźnego stać było na ten dom? Kiedy Evans sprowadził się tutaj, ceny nieruchomości już zdążyły podskoczyć. Ale skoro pracował w Devington…
    - Miał służbowe mieszkanie, stołował się też w szkole – wpadła Edmundowi w słowo Esther – Mógł odłożyć ładną sumkę.

*    *    *
    W tym samym czasie nadkomisarz wraz z sierżantem znajdowali się już na komendzie w Causton, zajmując się podobną kwestią, to znaczy uporządkowaniem faktów dotyczących denata.
    - Mieszkał tam ponad dziesięć lat, a w sumie sąsiedzi wiedzą o nim zaskakująco mało, szefie – zauważył Trelawney, zaglądając do notatek. – Stephen Evans, lat siedemdziesiąt pięć. - Emerytowany woźny szkolny…  w Devington School – dodał.
Barnaby skrzywił się, jakby rozbolały go zęby. Miał już z tą szkołą do czynienia i wolałby, żeby tamten raz był pierwszy i ostatni. Marzenia ściętej głowy.
- Akurat tam – mruknął pod nosem.
    Trelawney chciał zapytać o powody niechęci przełożonego do Devington, powstrzymał się jednak. Wiedział już, że czasami lepiej poczekać i nawet dość dobrze rozpoznawał, kiedy.  Zamiast tego odblokował komputer.
    - Szefie, mamy wstępny raport techników – zauważył i otworzył dokument. - Psiakrew!  - wyrwało mu się.
    - Co się stało?
    - Szefie, w całym saloniku zabezpieczyli tylko jedenaście odcisków palców - powiedział sierżant. – Fakt, wszyscy, a przede wszystkim ta pani Smythe, mówili że denat był straszliwym pedantem, ale nawet ktoś taki zostawiłby ich jednak nieco więcej. Wygląda na to, że ktoś tam trochę pobiegał ze szmatką. Proszę zresztą posłuchać.
    Trelawney odchrząknął i przeczytał cały ustęp:
    - Na stoliku przy fotelu butelka whisky marki White Horse, jeden odcisk palca wskazującego i jeden częściowy, na szklaneczce trochę rozmazane odciski palców, prawdopodobnie denata. Pojedynczy odcisk palca na spodzie prawej poręczy fotela. Reszta odcisków na półce z książkami. - Tu, mimo irytacji uśmiechnął się pod nosem, czytając zamieszczone wyszczególnienie:
    - Dickens, Poe, Thackeray, sporo kryminałów. Oprócz tego pozycje dotyczące lekkoatletyki i drugiej wojny światowej.
W jego głosie pobrzmiewała lekka pretensja – on sam uznawał wyłącznie piłkę nożną i był zagorzałym kibicem Middlesbrough.
    - Nie każdy wielbi sport polegający na tym, że dwudziestu dwóch dorosłych facetów kopie jedną małą piłkę i nie mogą zdecydować się, w którą stronę – burknął Barnaby.
    Reakcja nadkomisarza była nieco przesadzona, jednak naturalna, jeśli wziąć po uwagę to, że o wolnej sobocie mógł już tylko pomarzyć. Będzie musiał zadzwonić do Joyce…
    - Jeśli dodać do tego to, co mówił konstabl Jessup, Andy, sprawa zaczyna wyglądać paskudnie – zauważył po chwili milczenia.
Sierżant pokiwał posępnie głową. Istotnie, nawet bez raportu z autopsji mogli bezpiecznie założyć, że mają do czynienia z morderstwem. Sprawa zapowiadała się zaś, jak powiedział jego szef, paskudnie, biorąc pod uwagę jak niewiele wiedzieli o denacie nawet najbliżsi sąsiedzi.
    - Szefie, tylko po co zabijać woźnego? – wyrwało mu się. Zazwyczaj takie odzywki wzbudzały u Barnaby’ego silną irytację, od odkrywania motywów byli przecież właśnie oni. Tym razem jednak musiał zgodzić się ze swym podwładnym, że sprawa wydaje się nie mieć nawet uncji sensu.
    – Chyba, że wiąże się z Devington – powiedział na głos Barnaby, odpowiadając raczej swym myślom, niż sierżantowi, gdy przypomniał sobie ciemne sprawki zarządu szkoły, które kilka lat temu wypłynęły przy okazji śledztwa prowadzonego przez Wydział Kryminalny. Wątpliwe, czy śmierć Evansa ma cokolwiek wspólnego z przemytem dzieł sztuki, w takim wypadku raczej zamknięto by mu usta wcześniej, ale od razu wykluczyć tego nie można. Zwłaszcza, że inny motyw nie majaczył nawet na horyzoncie.

środa, 16 kwietnia 2025

Spokojna wioska (IV)

 

    Gdy na jednym skraju małej miejscowości ktoś kichnie, na drugim natychmiast mówią mu na zdrowie. Wiadomości o śmierci rozprzestrzeniają się jeszcze szybciej. Toteż dom pani Smythe nawiedziły wszystkie dawno niewidziane i zazwyczaj niezwykle zajęte, bliższe i dalsze sąsiadki. Każda przychodziła do jej domostwa pchana ciekawością, choć każda z nich przedstawiała oczywiście mniej lub bardziej wiarygodny pretekst do odwiedzin, niezwiązany ze śmiercią Stephena Evansa. Każda z nich została jednak uprzejmie, lecz stanowczo odprawiona z kwitkiem. Pani Smythe chciała pomyśleć nad tą sprawą w spokoju. W końcu jednak, po odprawieniu kolejnej ciekawskiej, jej cierpliwość skończyła się definitywnie. No cóż, własny dom raczej nie zapewni jej dzisiaj spokoju. Pozostawała jednak inna możliwość. Pani Smythe decyzje zwykła podejmować szybko, więc i teraz nie zwlekała. Wytoczyła swego Triumpha z garażu i odjechała. Na końcu Wilbraham Crescent skręciła w prawo, w Hickory Lane, która prowadziła do wylotu z wioski w kierunku na Morton Fendle. Tuż za skrzyżowaniem dostrzegła idącą z przeciwka pannę Jane West, jednak nie zareagowała, gdy ta pomachała do niej ręką, jakby chcąc ją zatrzymać. Wprawdzie rozmowa z panną West nie byłaby w żadnym wypadku stratą czasu, jednak Esther Smythe najpierw chciała odbyć inną. Edmund powinien zrozumieć coś, co jej samej nie dawało spokoju. Mały szczegół, na który nie zwracała dotąd uwagi.
    Gdy pierwsze krople deszczu spadły z nieba, Triumph dojeżdżał już do domu stojącego już właściwie poza granicami wioski. Stary mężczyzna stał w drzwiach, jakby oczekując wizyty.
    - Esther, cóż za miła niespodzianka! – Powiedział, gdy tylko zatrzymała się i zsiadła z motoru. W całym Midsomer Hollow jedynie jemu przysługiwał zaszczyt zwracania się do  kobiety po imieniu. Ale jedynie on znał Esther Smythe od  ponad pięćdziesięciu lat.
Skinęła mu głową.
    - Słyszałeś już o biednym Evansie? – Zaczęła typowo dla siebie, konkretnie.
Emund otworzył szerzej drzwi, wpuszczając ją do domostwa. Uśmiechnął się do siebie, pamiętał ją jako młodą pannę, od tamtej pory nie straciła nawet odrobiny ze swojego temperamentu. O tak, Esther miała charakterek. Swego czasu doktor Eycott nazwał ją „Klamką od piekła”, co było tylko częściową przesadą. Słyszał nastawianą wodę, dobra stara Esther wszędzie potrafiła czuć się, jak u siebie w domu. Z uśmiechem na ustach pokuśtykał w stronę kuchni. Odniesiona przed półwieczem rana zawsze dawała o sobie znać w takie deszczowe dni.
    - Wszystkie psy w wiosce już o tym szczekają – zaśmiał się odpowiadając na powitalne pytanie. Usiadł przy stole i patrzył jak parzy herbatę.
    - A szczekają też o tym, że to było morderstwo? – Zapytała Esther, stawiając przed nim kubek. Nie czekając, dolała do herbaty Edmunda hojną porcję rumu.
    - Przy okazji, kto ci powiedział o śmierci Evansa? - zaciekawiła się

    W tym samym czasie Barnaby i Trelawney wracali do Causton. Rozmowy z najbliższymi sąsiadami denata niewiele dały, a ściślej mówiąc, nie dały kompletnie nic. Ani Bertlett'owie, mieszkający na Wilbraham Crescent pod numerem dziewiątym, ani państwo Blythe spod  numeru trzynastego nie widzieli niczego niezwykłego ani niepokojącego. Dom pod numerem dwunastym stał pusty od tygodnia. Sąsiednia parcela, numer czternaście, była niezabudowana. Mieszkaniec domu z numerem dziesięć miał zaś potężnego kaca i rozmowa  z nim pozbawiona była sensu. Z uwagi zaś na to, że Wilbraham Crescent miała kształt spłaszczonej litery S, nikt z mieszkańców pozostałych domów nie mógł zauważyć niczego, co mogłoby być przydatne. Najbardziej pomocny okazał się czternastoletni David Blythe, który poinformował Barnaby'ego, że wieczorem poprzedniego dnia Stephena Evansa ktoś odwiedził. Nic bliższego nie umiał jednak powiedzieć, poza tym, że gość wyszedł około wpół do dziesiątej wieczorem. Mogło to oznaczać wszystko albo i zupełnie nic.
    - Najszybciej z miejsca przestępstwa uciekają świadkowie – mruknął do siebie nadkomisarz.
    - Żeby chociaż rzeczywiście uciekali, szefie - wtrącił swoje trzy grosze sierżant. - Ale tutaj wszyscy po prostu ogłuchli i oślepli - ze złością uderzył pięścią w kierownicę.

* * *
    - Morderstwo - mruknął Edmund. - Właściwie, o ile nie wyciągasz wniosków zbyt pochopnie, to bardziej zdumiałoby mnie, gdyby zmarł własną śmiercią, Esther. Przecież on miał końskie zdrowie. Poza tym, nie da się ukryć, że Evans był trochę dziwny. – dorzucił po chwili wahania
    - Co masz na myśli?
Esther, ze swoim kubkiem w ręku rozsiadła się w jednym z wygodnych, przedpotopowych foteli i spojrzała na gospodarza.
    - Właściwie z nikim nie utrzymywał kontaktów. Cóż, może to, że nie nawiązał żadnych znajomości, choćby i niezbyt bliskich, tutaj, w Midsomer Hollow, nie jest takie dziwne. Ale co innego już tak. Jak kiedyś napomknął, służył niby w Nottinghamshire Yeomanry jako ładowniczy, ale nie spotykał się nigdy z kolegami z oddziału. Ba, nawet z własnej załogi! A przecież ja i reszta chłopaków ze Sto Piętnastego spotykamy się co roku.
Edmund podczas wojny był strzelcem pokładowym na Lancasterze i rzeczywiście, weterani jego dywizjonu spotykali się każdego roku. Sama Ester także bywała na tych spotkaniach, służyła przecież w WAAF jako pielęgniarka, właśnie w bazie Little Snoring, z której operował dywizjon Edmunda.
    - To rzeczywiście dziwne – przyznała. – Ale niekoniecznie musi coś oznaczać – przyjęła rolę adwokata diabła. – Jeśli b y ł odludkiem, mógł sobie tego nie życzyć.
    - Masz słuszność – przyznał Edmund. - Z drugiej zaś strony, mógł być odludkiem właśnie z wyboru, nie życzył sobie, by to z nim utrzymywano kontakty, i miał po temu ważkie powody.
    - Więc uważasz, że rozwiązanie zagadki znajduje się gdzieś w przeszłości Evansa – uzupełniła Esther i napiła się herbaty.
    - Niekoniecznie wojennej, ale tak. Bo komu mógł wadzić woźny-odludek? A zaspokajając twoją ciekawość, Esther, o śmierci Evansa powiedział mi mleczarz - dodał Edmund i zajął się herbatą.

Parę słów wyjaśnienia:
1) ... ze Sto Piętnastego... - chodzi o 115 Dywizjon RAF, wchodzący w skład Bomber Command. W 1943 roku operował z bazy Little Snoring w hrabstwie Norfolk. Od marca 1943 roku posiadał na wyposażeniu ciężkie bombowce Avro Lancaster.
2) Nottinghamshire Yeomanry - Yeomanry to tradycyjna nazwa niektórych oddziałów lub pododdziałów brytyjskiej Armii Terytorialnej,wywodząca się z ochotniczych formacji kawaleryjskich, w tym przypadku z hrabstwa Nottingham. (Właściwie należałoby używać nazwy The Sherwood Rangers). Podczas II Wojny Światowej była to jednostka artylerii (od 1940), później - pułk pancerny (od 1941), walczył w składzie 8 Armii w Afryce Północnej, następnie brał udział w inwazji na Normandię i walkach we Francji i Niemczech.
Evans miał być więc ładowniczym w jednej z załóg czołgów pułku.

Spokojna wioska (III)

 Technicy skończyli swoją robotę po trzech kwadransach i szybko zwinęli manatki. Wiadomo było, że prawdziwie żmudna robota dopiero przed nimi. Od ich wyjścia nie upłynęła nawet minuta, gdy Trelawney wprowadził do domu zmarłego panią Smythe i konstabla. Barnanby przyjrzał im się uważnie. Jakikolwiek udział tej dwójki w śmierci Evansa wydawał się koncepcją absurdalną, oboje wydawali się za to cennymi świadkami.
- Może zechcą państwo spocząć – gestem dłoni zachęcił ich do zajęcia miejsc w saloniku. Sam zajął krzesło stojące obok przytulnego kominka.
– Chciałbym tylko zadać kilka pytań, nie chciałbym pani ciągnąć niepotrzebnie na komisariat, możemy porozmawiać w bardziej przyjemnej atmosferze. Natomiast was, Jessup, i tak będę musiał poprosić do złożenia oficjalnego raportu, ale to potem.
- Tak jest, sir – odparł konstabl i skierował swój wzrok na staruszkę.
- Pani Smythe, przede wszystkim podstawowe pytanie, skąd pani wiedziała, że coś się wydarzyło? Nie odwiedza pani przecież w towarzystwie policji wszystkich okolicznych domów.
- Ależ to oczywiste, mówiłam już o tym... Rano spostrzegłam, że w salonie Evansa pali się światło, a Stephen nigdy nie zapominał o jego zgaszeniu.  Nikt nie otwierał, kiedy pukałam, więc pomyślałam, że coś się stało. Potem się okazało, że miałam rację. – Uśmiechnęła się, jakby dając policjantowi do zrozumienia, że nigdy się nie myli. Nie była to bynajmniej satysfakcja spowodowana śmiercią starego woźnego, a po prostu zwykłą intuicją, w każdym razie taką nadzieję żywił nadkomisarz.
- A kiedy pani zauważyła zapalone światło?
- Mniej więcej za kwadrans siódma - odparła bez wahania pani Smythe. - Właśnie ruszyłam sprzed domu, a domek Evansa dzielą od mojego trzy inne. Zapukałam, nie otwierał. Zawołałam go po imieniu, ale także bez skutku. Zatem pojechałam prosto do konstabla - wyjaśniła.
- Prowadzi pani samochód? - zainteresował się Trelawney.
- Motocykl, młody człowieku - sprostowała natychmiast starsza pani - Młodzieńcze, ja nie mam siedemdziesięciu lat! Tylko trochę więcej – dodała, niby do siebie, na tyle jednak głośno, by te słowa dotarły do każdego obecnego w pokoju.
Trelawney wycofał się z niezbyt mądrą miną.
- Drzwi były zamknięte na klucz – przejął pałeczkę Jessup – Kto wie, może nawet spróbowałbym je wyważać, ale niedaleko mieszka William Barkley, ślusarz. Już na emeryturze, ale ręce ma nadal sprawne. Otworzył zamek bez trudu i wtedy znaleźliśmy denata… Evansa.
- Panie nadkomisarzu – wtrąciła się Esther Smythe, zwracając się do Barnaby'ego - Evans traktował zegar jak świętą wyrocznię, a i pamięć miał taką, że daj Boże każdemu w podeszłym wieku.
- To prawda, sir - potwierdził konstabl Jessup. - Cała wioska znała go z tego. Kiedyś zrobił awanturę Wilkinsowi, kiedy ten spóźnił się z otwarciem o dwie minuty.
- Wilkinsowi?
- Ronald Wilkins, właściciel piekarni - uzupełnił konstabl.
- Nieboszczyk nie był lubiany - bardziej stwierdził, niż zapytał Trelawney. I znowu tego pożałował.
- Ależ skąd!  - zaprotestowała pani Smythe. - Może nie budził w nikim wielkiej sympatii, o co się zresztą nie starał, ale jego dziwactwo raczej ludzi bawiło. Wilkins wówczas wcale się nie obraził
- Proszę mi jeszcze powiedzieć, pani Smythe, czy Evans chorował, na przykład, na serce? - Barnaby zadał kolejne pytanie.
- Dokuczał mu jedynie artretyzm, nadkomisarzu, a i to od niedawna.
Barnaby westchnął i zwrócił się do świadka.
- Dziękuję, pani Smythe. Być może, będę chciał jeszcze z panią porozmawiać...
- Chętnie pomogę, nadkomisarzu - odparła Esther, wstając z krzesła.
- Jessup, raport...
- Dziś popołudniu trafi na pana biurko, sir! - odparł konstabl. – Od razu panu powiem, sir, że choć drzwi były zamknięte na klucz, klucza w zamku nie było – powiedział, zanim opuścił dom wraz z panią Smythe.
Barnaby spojrzał na sierżanta i westchnął przeciągle.
- Ostatnie słowo będzie mieć doktor Monger, ale obawiam się, że to koniec marzeń o prostej sprawie, Andrew  - stwierdził.
Trelawney pokiwał smętnie głową.

Spokojna wioska (II)

 Nadkomisarz poprawił się w fotelu i opuścił osłonę przeciwsłoneczną.
- Kto pojechał? Kate Wilding? - zapytał jeszcze.
- Nie - zaprzeczył Trelawney nie odrywając wzroku od szosy. – Kate wzięła wolne. Zastępuje ją doktor Monger. Monger W Tę i Z Powrotem – dorzucił z rozbawieniem.
Barnaby zachował powagę, choć nie przyszło mu to łatwo. Najnowszy nabytek wydziału medycyny sądowej, przybyły przed rokiem z Cardiff krępy Walijczyk po czterdziestce, zwykł przedstawiać się nazwiskiem i przydomkiem, pomijając tak imię, jak i tytuł. Pochodzenie jego przezwiska szybko stało się jasne dla wszystkich – okazało się, że doktor Monger nie rozstaje się ze swoim puzonem i gra na nim nie tylko w czasie wolnym, ale i w pracy, gdy, jak mawia, „musi nad czymś pomyśleć”. Pomimo tego, a także kilku innych dziwactw (jak odtwarzanie podczas przeprowadzanych autopsji arii operowych), był nie tylko kompetentnym patologiem, ale i nadspodziewanie dobrze się z nim pracowało.
Na tej odpowiedzi rozmowa się skończyła. Barnaby, do czego sierżant już zdążył się przyzwyczaić, nie lubił spekulować na temat sprawy przed zapoznaniem się przynajmniej z podstawowymi faktami.
Do Midsomer Hollow dotarli po mniej więcej dwudziestu minutach, co oznaczało, że Trelawney niezbyt przejął się obowiązującym ograniczeniem prędkości. Na miejscu w istocie był już i lekarz sądowy, i ekipa kryminalistyczna. Wstępu na posesję broniła postronnym odblaskowa taśma, przez okno zaś można było dostrzec kilka ubranych na biało osób uwijających się w domu.
Barnaby wysiadł i podszedł do łysiejącego mężczyzny w takim samym białym stroju ochronnym, nonszalancko opartego o służbowego Vauxhalla.
- Witaj, William. - przywitał doktora.
- Witaj, Tom. Czekam, aż technicy skończą w korytarzu i saloniku. Potwierdziłem tylko zgon. - odrzekł lekarz, uprzedzając pytanie nadkomisarza.
- Nadkomisarz Barnaby? Konstabl Angus Jessup, sir. - zameldował się policjant z wioski.
- To wy znaleźliście ciało?
- Tak jest, sir. Pani Smythe zgłosiła, że dzieje się tutaj coś niedobrego. Okazało się, że miała rację. – odparł konstabl.
Barnaby spojrzał w tą samą stronę co konstabl. Wśród zaskakująco nielicznych gapiów dostrzegł niewysoką, starszą kobietę w skórzanej kurtce, staroświeckiej pilotce na głowie i z goglami zsuniętymi na szyję. Bez trudu domyślił się w niej pani Smythe.
- Trelawney, poproś panią Smythe, by zaczekała, niestety, trochę to pewnie jeszcze potrwa. Kiedy doktor i technicy skończą, poprosisz ją do środka. – polecił nadinspektor.
-Tak jest, szefie – potwierdził sierżant, zaś Barnaby zatrzymał kostabla, który zamierzał oddalić się wraz z Trelawneyem:
- Co może mi pan powiedzieć o denacie, Jessup?
Konstabl niemal niedostrzegalnie zawahał się, zanim udzielił odpowiedzi, dość zresztą lakonicznej:
- Emeryt, był woźnym w liceum. Stary kawaler. Odludek i pedant. Dziwak, sir.
Barnaby miał zamiar zażądać od niego rozwinięcia tej telegraficznej w stylu charakterystyki zmarłego, przeszkodziła mu jednak Becky Ashton, która w tej chwili stanęła w progu domu i krzyknęła, że koroner może już zająć się denatem.
- Konstablu, niech pan spisze personalia gapiów i spróbuje ich nakłonić żeby rozeszli się do domów. Oczywiście, trzeba ich będzie przesłuchać, ale na razie wolę zająć się miejscem zdarzenia. Kiedy technicy dadzą znać, proszę dołączyć do mnie razem z panią Smythe i sierżantem.
-Tak jest, sir!
Nadkomisarz skinął głową i wszedł do domku zmarłego pana Evansa. W progu zatrzymał się i założył na buty foliowe ochraniacze, które wręczyła mu Ashton.
Wnętrze domu było bardzo schludne, rzecz raczej niezwykła w kawalerskim gospodarstwie, choć skoro konstabl określił zmarłego jako pedanta, nie powinna raczej dziwić. W dodatku – przynajmniej parter – urządzono je prosto, lecz ze smakiem. W saloniku królowały regały ciasno zapełnione książkami, umeblowanie uzupełniały dwa fotele z eleganckimi, drewnianymi podłokietnikami, oraz stolik, sofa, komoda i dwa krzesła. Ani jeden mebel nie odstawał stylem od reszty, a choć trudno byłoby nazwać je cennymi antykami, z pewnością nie można było zaliczyć ich do taniej masówki.
- Tom, na pierwszy rzut oka powiedziałbym, że mojemu najnowszemu klientowi wysiadła pompa paliwowa – odezwał się doktor, przerywając rozmyślania nadkomisarza.
- A przybliżony czas zgonu?
Monger wzruszył ramionami.
- Przynajmniej sześć – osiem godzin temu. Ale jest tu dość ciepło. – odparł. – To tak zupełnie off the record, Tom. Nie próbuj ciągnąć mnie za język, oficjalnie wypowiem się po autopsji. A teraz zabieram pana Evansa do kostnicy – skinął na pomocników i opuścił dom, nucąc pod nosem coś, co nadkomisarz rozpoznał jako pierwsze takty arii Largo al factotum z Cyrulika sewilskiego.

Spokojna wioska (I)

 Punktualnie o szóstej trzydzieści, niemalże  niezależnie od pory roku (jedynie za wyjątkiem zimy) Esther Smythe wytaczała z garażu motocykl marki Triumph 5T Speed Twin z 1938 roku zaopatrzony w boczny wózek. Ta prosta czynność zasługiwała na miano rytuału - odbywała się codziennie, od poniedziałku do soboty przez wszystkie lata, kiedy pani Smythe mieszkała w Midsomer Hollow, niezmiennie niczym wschody i zachody słońca. I tak punktualnie, że według niej można było regulować zegarki.
O szóstej czterdzieści, sprawdziwszy skrupulatnie motocykl, pani Smythe sprawnie - pomimo swych siedemdziesięciu czterech lat - dosiadła mechanicznego rumaka, jednym kopnięciem startera uruchomiła silnik i wyjechała na ulicę.
Zazwyczaj celem pani Smythe, emerytowanej pielęgniarki, była piekarnia Ronalda Wilkinsa - i piekarz zdziwił się, kiedy Triumph przemknął - z zawrotną prędkością i o piętnaście minut za późno - obok jego sklepu, po czym zniknął za zakrętem drogi. Wpatrywał się to w okno, to w zegar, tak, że zupełnie zapomniał o klientach.
Tymczasem pani Smythe gwałtownie wyhamowała motocykl przed domem miejscowego policjanta, konstabla Jessupa.
Konstabl zasiadał właśnie do śniadania, jednak nie dane mu było zażyć rozkoszy podniebienia. Esther Smythe wtargnęła do jego kuchni bez skrępowania, w czym pomogło jej, że konstabl nie miał zwyczaju zamykać drzwi wejściowych na zasuwę.
- Witam, konstablu - rzuciła na dzień dobry, ściągając z twarzy gogle.
- Cóż się stało, pani Smythe?
Policjant wstał od stołu, równie zdziwiony, jak chwilę przedtem piekarz.
- Ma pan robotę, konstablu. U Stephena Evansa pali się światło, drzwi są zamknięte i nikt nie odpowiada.
- Może po prostu zapomniał zgasić - odrzekł konstabl, żywiąc cień nadziei, że jednak zje śniadanie.
- Bzdura, młodzieńcze, czy myślisz, że każdy stary pryk w Anglii cierpi sklerozę posuniętą aż do tego stopnia? - zripostowała pani Smythe, a słowa padały niczym wystrzelone z karabinu maszynowego. Konstabl westchnął i sięgnął po służbowy kask. Wiadomo było z góry, że z Esther nie ma co dyskutować. Zanim się obejrzał, siedział już w koszu motocykla pędzącego ulicą znacznie powyżej dozwolonej  prędkości.
W domu Evansa rzeczywiście paliło się światło w saloniku. Konstabl musiał przyznać, że istotnie było to co najmniej niepokojące. Evans był znany z pedanterii posuniętej do granic obsesji.
Załomotał w drzwi, jednak ani to ani nawoływania nie przyniosły rezultatu. Wezwany ślusarz otworzył zamki w przeciągu pięciu minut. Konstabl przekroczył próg i niemal od razu natknął się na gospodarza. Stephen Evans siedział w fotelu. Martwy.
- Mówiłam, że coś nie tak - zauważyła Esther.
- Proszę niczego nie dotykać i opuścić dom - Jenkins stanowczo wyprosił krewką staruszkę z posesji. A potem zrobił to, co mógł. To znaczy zamknął dom i wykonał telefon na komendę w Causton.
                                                                                * * *
Tom Barnaby odebrał telefon już po drugim dzwonku. Przekazana wiadomość nie wzbudziła w nim entuzjazmu, ale mógł jedynie powiedzieć "Tak jest".
- Kto dzwonił, Tom? - z sypialni dobiegł go zaspany, kobiecy głos.
- Komendant, kochanie - odparł. - Muszę jechać do Midsomer Hollow.
- W sobotę rano? Przecież służbę ma dziś Heslop, nie ty? - Joyce Barnaby stanęła w progu sypialni.
- Wiem, Joycey, ale Heslop pojechał do Górnego Warden i prędko stamtąd nie wróci. A ta sprawa wygląda na prostą i raczej nie zajmie mi wiele czasu.
Żona nie odpowiedziała. Barnaby wiedział zresztą, że za jej gderaniem kryje się jedynie troska o niego. Joyce co prawda pogodziła się łatwo z nieregularnymi godzinami jego pracy, ale niespodziewane wezwania wciąż budziły jej sprzeciw.
- Zadzwoń, kiedy będziesz mógł, Tom, proszę - powiedziała tylko, gdy jej mąż, widząc jak przed dom zajechał służbowy Rover, założył marynarkę.
- Obiecuję! - odkrzyknął, wychodząc przed dom.

Detektyw sierżant Andrew Trelawney ruszył, gdy tylko Barnaby zatrzasnął za sobą drzwi. Zdecydowanie nie tryskał entuzjazmem, na szczęście jego irytacja z powodu straconej soboty nie przekładała się na prowadzenie samochodu. Trzeba było przyznać, co inspektor chętnie czynił, że był znakomitym kierowcą, toteż Barnaby zazwyczaj odstępował mu miejsce za kółkiem.
- Ten konstabl musi być nadgorliwy, szefie - odezwał się Trelawney, kiedy tylko opuścili granice Causton. - Staruszek pewnie wykorkował na serce czy coś podobnego, a on od razu dzwoni do kryminalnych!
- Każda niewyjaśniona śmierć musi być zgłoszona - przypomniał sierżantowi Barnaby.
Trelawney skinął głową, nie odrywając wzroku od jezdni. Dodał gazu, zgrabnie wyprzedził wlokący się szosą traktor i wrócił do tematu:
- Lekarz wyjechał do Midsomer Hollow jeszcze zanim kazali mi jechać po szefa, powinien być już na miejscu - rzucił okiem na zegar. - Posłali też techników, bo drzwi musiał otwierać ślusarz.
Barnaby skinął głową, zadowolony, że sierżant nie ograniczył się do dąsów, ale i dowiedział tego i owego. Z Trelawneya będzie znakomity śledczy. Wprawdzie miał skłonność do przedwczesnego wyciągania wniosków, ale to akurat dotyczyło wielu młodych detektywów. Sam nie był przecież inny w początkach służby.