poniedziałek, 21 kwietnia 2025

Spokojna wioska (V)

     Przez dość długą chwilę w Domu Pod Gruszą panowało milczenie. Przerwał je dopiero Edmund, gdy już uporał się ze swoją porcją herbaty z rumem. Wstał, poszedł do kuchni  i ponownie nastawił wodę.
    - Właściwie, Esther – powiedział, gdy wrócił do saloniku – właściwie, to co tak naprawdę wiadomo o Evansie na pewno? Tyle, co on sam zechciał o sobie powiedzieć, a ile z tego możemy być pewni? Mieszkał tu od czasu, gdy przestał pracować i przeszedł na emeryturę, czyli z górą dziesięć lat. Podobno był woźnym,  podobno…
    - Woźnym był z całą pewnością – weszła przyjacielowi w słowo pani Smythe. -  Był woźnym w Devington, w tej snobistycznej szkole z internatem w Midsomer Parva.
    Widząc, że Edmund patrzy na nią za zdziwieniem, pospieszyła z wyjaśnieniami:
    - Nie, nie wiem tego od Evansa. Pamiętasz Alice Devenham? Moją przyjaciółkę z WAAF? Przedstawiłam ci ją kiedyś.
Edmund skinął głową.
    - Kiedy odwiedziła mnie ostatnim razem, spotkałyśmy Evansa na ulicy. Przez lata dostarczała z mężem do Devington owoce ze swojego sadu i po prostu zapamiętała go. Pracował tam od dość dawna.
    - No tak – mruknął Edmund – To mogłoby też może wyjaśniać inną kwestię…  - powiedział powoli.
Esther spojrzała na niego uważnie. Ciekawe, czy pomyślał o tym samym, co i ona sama.
    - Zastanawiało mnie, jakim cudem emerytowanego woźnego stać było na ten dom? Kiedy Evans sprowadził się tutaj, ceny nieruchomości już zdążyły podskoczyć. Ale skoro pracował w Devington…
    - Miał służbowe mieszkanie, stołował się też w szkole – wpadła Edmundowi w słowo Esther – Mógł odłożyć ładną sumkę.

*    *    *
    W tym samym czasie nadkomisarz wraz z sierżantem znajdowali się już na komendzie w Causton, zajmując się podobną kwestią, to znaczy uporządkowaniem faktów dotyczących denata.
    - Mieszkał tam ponad dziesięć lat, a w sumie sąsiedzi wiedzą o nim zaskakująco mało, szefie – zauważył Trelawney, zaglądając do notatek. – Stephen Evans, lat siedemdziesiąt pięć. - Emerytowany woźny szkolny…  w Devington School – dodał.
Barnaby skrzywił się, jakby rozbolały go zęby. Miał już z tą szkołą do czynienia i wolałby, żeby tamten raz był pierwszy i ostatni. Marzenia ściętej głowy.
- Akurat tam – mruknął pod nosem.
    Trelawney chciał zapytać o powody niechęci przełożonego do Devington, powstrzymał się jednak. Wiedział już, że czasami lepiej poczekać i nawet dość dobrze rozpoznawał, kiedy.  Zamiast tego odblokował komputer.
    - Szefie, mamy wstępny raport techników – zauważył i otworzył dokument. - Psiakrew!  - wyrwało mu się.
    - Co się stało?
    - Szefie, w całym saloniku zabezpieczyli tylko jedenaście odcisków palców - powiedział sierżant. – Fakt, wszyscy, a przede wszystkim ta pani Smythe, mówili że denat był straszliwym pedantem, ale nawet ktoś taki zostawiłby ich jednak nieco więcej. Wygląda na to, że ktoś tam trochę pobiegał ze szmatką. Proszę zresztą posłuchać.
    Trelawney odchrząknął i przeczytał cały ustęp:
    - Na stoliku przy fotelu butelka whisky marki White Horse, jeden odcisk palca wskazującego i jeden częściowy, na szklaneczce trochę rozmazane odciski palców, prawdopodobnie denata. Pojedynczy odcisk palca na spodzie prawej poręczy fotela. Reszta odcisków na półce z książkami. - Tu, mimo irytacji uśmiechnął się pod nosem, czytając zamieszczone wyszczególnienie:
    - Dickens, Poe, Thackeray, sporo kryminałów. Oprócz tego pozycje dotyczące lekkoatletyki i drugiej wojny światowej.
W jego głosie pobrzmiewała lekka pretensja – on sam uznawał wyłącznie piłkę nożną i był zagorzałym kibicem Middlesbrough.
    - Nie każdy wielbi sport polegający na tym, że dwudziestu dwóch dorosłych facetów kopie jedną małą piłkę i nie mogą zdecydować się, w którą stronę – burknął Barnaby.
    Reakcja nadkomisarza była nieco przesadzona, jednak naturalna, jeśli wziąć po uwagę to, że o wolnej sobocie mógł już tylko pomarzyć. Będzie musiał zadzwonić do Joyce…
    - Jeśli dodać do tego to, co mówił konstabl Jessup, Andy, sprawa zaczyna wyglądać paskudnie – zauważył po chwili milczenia.
Sierżant pokiwał posępnie głową. Istotnie, nawet bez raportu z autopsji mogli bezpiecznie założyć, że mają do czynienia z morderstwem. Sprawa zapowiadała się zaś, jak powiedział jego szef, paskudnie, biorąc pod uwagę jak niewiele wiedzieli o denacie nawet najbliżsi sąsiedzi.
    - Szefie, tylko po co zabijać woźnego? – wyrwało mu się. Zazwyczaj takie odzywki wzbudzały u Barnaby’ego silną irytację, od odkrywania motywów byli przecież właśnie oni. Tym razem jednak musiał zgodzić się ze swym podwładnym, że sprawa wydaje się nie mieć nawet uncji sensu.
    – Chyba, że wiąże się z Devington – powiedział na głos Barnaby, odpowiadając raczej swym myślom, niż sierżantowi, gdy przypomniał sobie ciemne sprawki zarządu szkoły, które kilka lat temu wypłynęły przy okazji śledztwa prowadzonego przez Wydział Kryminalny. Wątpliwe, czy śmierć Evansa ma cokolwiek wspólnego z przemytem dzieł sztuki, w takim wypadku raczej zamknięto by mu usta wcześniej, ale od razu wykluczyć tego nie można. Zwłaszcza, że inny motyw nie majaczył nawet na horyzoncie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz