środa, 16 kwietnia 2025

Spokojna wioska (III)

 Technicy skończyli swoją robotę po trzech kwadransach i szybko zwinęli manatki. Wiadomo było, że prawdziwie żmudna robota dopiero przed nimi. Od ich wyjścia nie upłynęła nawet minuta, gdy Trelawney wprowadził do domu zmarłego panią Smythe i konstabla. Barnanby przyjrzał im się uważnie. Jakikolwiek udział tej dwójki w śmierci Evansa wydawał się koncepcją absurdalną, oboje wydawali się za to cennymi świadkami.
- Może zechcą państwo spocząć – gestem dłoni zachęcił ich do zajęcia miejsc w saloniku. Sam zajął krzesło stojące obok przytulnego kominka.
– Chciałbym tylko zadać kilka pytań, nie chciałbym pani ciągnąć niepotrzebnie na komisariat, możemy porozmawiać w bardziej przyjemnej atmosferze. Natomiast was, Jessup, i tak będę musiał poprosić do złożenia oficjalnego raportu, ale to potem.
- Tak jest, sir – odparł konstabl i skierował swój wzrok na staruszkę.
- Pani Smythe, przede wszystkim podstawowe pytanie, skąd pani wiedziała, że coś się wydarzyło? Nie odwiedza pani przecież w towarzystwie policji wszystkich okolicznych domów.
- Ależ to oczywiste, mówiłam już o tym... Rano spostrzegłam, że w salonie Evansa pali się światło, a Stephen nigdy nie zapominał o jego zgaszeniu.  Nikt nie otwierał, kiedy pukałam, więc pomyślałam, że coś się stało. Potem się okazało, że miałam rację. – Uśmiechnęła się, jakby dając policjantowi do zrozumienia, że nigdy się nie myli. Nie była to bynajmniej satysfakcja spowodowana śmiercią starego woźnego, a po prostu zwykłą intuicją, w każdym razie taką nadzieję żywił nadkomisarz.
- A kiedy pani zauważyła zapalone światło?
- Mniej więcej za kwadrans siódma - odparła bez wahania pani Smythe. - Właśnie ruszyłam sprzed domu, a domek Evansa dzielą od mojego trzy inne. Zapukałam, nie otwierał. Zawołałam go po imieniu, ale także bez skutku. Zatem pojechałam prosto do konstabla - wyjaśniła.
- Prowadzi pani samochód? - zainteresował się Trelawney.
- Motocykl, młody człowieku - sprostowała natychmiast starsza pani - Młodzieńcze, ja nie mam siedemdziesięciu lat! Tylko trochę więcej – dodała, niby do siebie, na tyle jednak głośno, by te słowa dotarły do każdego obecnego w pokoju.
Trelawney wycofał się z niezbyt mądrą miną.
- Drzwi były zamknięte na klucz – przejął pałeczkę Jessup – Kto wie, może nawet spróbowałbym je wyważać, ale niedaleko mieszka William Barkley, ślusarz. Już na emeryturze, ale ręce ma nadal sprawne. Otworzył zamek bez trudu i wtedy znaleźliśmy denata… Evansa.
- Panie nadkomisarzu – wtrąciła się Esther Smythe, zwracając się do Barnaby'ego - Evans traktował zegar jak świętą wyrocznię, a i pamięć miał taką, że daj Boże każdemu w podeszłym wieku.
- To prawda, sir - potwierdził konstabl Jessup. - Cała wioska znała go z tego. Kiedyś zrobił awanturę Wilkinsowi, kiedy ten spóźnił się z otwarciem o dwie minuty.
- Wilkinsowi?
- Ronald Wilkins, właściciel piekarni - uzupełnił konstabl.
- Nieboszczyk nie był lubiany - bardziej stwierdził, niż zapytał Trelawney. I znowu tego pożałował.
- Ależ skąd!  - zaprotestowała pani Smythe. - Może nie budził w nikim wielkiej sympatii, o co się zresztą nie starał, ale jego dziwactwo raczej ludzi bawiło. Wilkins wówczas wcale się nie obraził
- Proszę mi jeszcze powiedzieć, pani Smythe, czy Evans chorował, na przykład, na serce? - Barnaby zadał kolejne pytanie.
- Dokuczał mu jedynie artretyzm, nadkomisarzu, a i to od niedawna.
Barnaby westchnął i zwrócił się do świadka.
- Dziękuję, pani Smythe. Być może, będę chciał jeszcze z panią porozmawiać...
- Chętnie pomogę, nadkomisarzu - odparła Esther, wstając z krzesła.
- Jessup, raport...
- Dziś popołudniu trafi na pana biurko, sir! - odparł konstabl. – Od razu panu powiem, sir, że choć drzwi były zamknięte na klucz, klucza w zamku nie było – powiedział, zanim opuścił dom wraz z panią Smythe.
Barnaby spojrzał na sierżanta i westchnął przeciągle.
- Ostatnie słowo będzie mieć doktor Monger, ale obawiam się, że to koniec marzeń o prostej sprawie, Andrew  - stwierdził.
Trelawney pokiwał smętnie głową.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz